Posty

#7

Obraz
Pada deszcz. Podchodzę do okna na palcach, jak najciszej, żeby nie zbudzić śpiącego pod nim kota. Odchylam lekko okno. To idealny czas, żeby siąść na parapecie i NIE myśleć. Zresztą uderzające z coraz większą częstotliwością o parapet krople i tak zagłuszyłyby wszystkie myśli. Po prostu patrzę. W trakcie deszczu świat nabiera intensywniejszych barw.  Jakby ktoś w programie do obróbki graficznej przyrody nagle podkręcił jej nasycenie. Zieleń liści drzew, które są teraz na mojej wysokości aż bije po oczach. A może z tej perspektywy wyglądają tak zawsze, a swoje pospolite, wypłowiałe odbicie mogą widzieć wszyscy, których przyziemne sprawy ściągają ich krótkowzroczne spojrzenie tuż przed siebie, nie mierząc nigdy wyżej? Chłodne powietrze przyjemnie muska moją skórę. Lekka firanka powiewa na wietrze, zakrywając mi ramiona niczym welon. Widzę jak ostatnie z ptaków, które myślały że ich skrzydła pokonają siłę żywiołu chowają się pośpiesznie w koronach drzew. Widzę dach sąsiada, na...

#6

Lubię zapach lata. To, jak pachnie rozgrzana słońcem skóra, której zapach jest piękniejszy i intensywniejszy w swojej delikatności od wszystkich perfum świata. Zapach wilgotnej bryzy znad wody otulającej pragnące ochłody ciało w  akompaniamencie ukrytych w zaroślach koników polnych. Zapach pól, gdy lekkie powiewy wiatru mieszają woń spękanej od nadmiaru słońca ziemi z zapachem złotych kłosów zboża. Nawet sam zapach asfaltu, gdy powoli zaczyna topić się smoła, w której mogę zostawić odciski swoich stóp na lata. Albo przynajmniej do czasu, aż nie stopi się po raz kolejny i nie odciśnie się na nim wzór opony rozpędzonego auta. Ale żeby poczuć lato, wcale nie muszę wychodzić z domu. Lato to zapach borówek i malin, które rano, prosto z pola przynosi mi we własnych dłoniach tato, który wstał zanim ja obróciłam się na drugi bok mając przed oczami jeden z ostatnich tej nocy snów, którego i tak nie zapamiętałam.  To zapach chleba, który budzi mnie w sobotni poranek, bo...

#5

Rzadko mówimy o tym, co nam się podoba, co powoduje te przyjemne skurcze brzucha i rozlewające się na całe ciało ciepło. Ja dziś powiem. Ale nie zdradzę co to. Chcę tylko opowiedzieć o tym, dlaczego niekiedy oprócz wyżej opisanych symptomów czuję też wstyd.  Czy jest coś złego w odczuwaniu przyjemności? Teoretycznie nie, jednak są rzeczy, które w powszechnej opinii nie powinny powodować niczego innego poza odrazą. No właśnie. NIE POWINNY. Bardzo nie lubię tego słowa. Bo tak naprawdę, kto  decyduje o tym, co powinno się podobać, a co nie?  Czy istnieje jakiś człowieczek o idealnym życiu, idealnym charakterze, o nieskalanej opinii i twarzy, któremu nie można nic zarzucić, a który to siedzi na takim wysokim barowym stołku, ale takim naprawdę wysokim, tak wysokim, że góruje nad wszystkimi tak, by każdy mógł usłyszeć wypowiadane przez niego ,,powinno/nie powinno się (...)"? Myślę, że nie. A jednak dziś poczułam do siebie odrazę, gdy po raz kolejny już oglądałam z satysfakcją ...

#4

Lubię zegary mechaniczne. Lubię słuchać, jak upływają sekundy z każdym kolejnym głośnym przesunięciem najcieńszej wskazówki. Lubię zegary mechaniczne, bo czynią mnie królową czasu. Jednym dotknięciem palca mogę go przyspieszyć, lub cofnąć. Bezinwazyjnie. Po cichu, tak by nikt nie zauważył, że nagle wydłużyłam, czy też skróciłam czas jego życia. Szkoda tylko, że mojej władzy nie uznają inne zegary, które buntowniczo nie ulegając moim egoistycznym zachciankom odmierzają sekundy zawsze w ten sam sposób. Dziś jest ten dzień, kiedy chcę by czas płynął szybciej. Chociaż odrobinę. Dokładnie tyle czasu, ile potrzebuje lek na to, by rozpłynąć się w moim żołądku i zacząć działać. Każda minuta ciągnie się niemiłosiernie, ból narasta. Już nie mogę być królową czasu. Zostałam zdetronizowana. Po raz czwarty w ciągu godziny przed oczami robi mi się ciemno. Zaciskam powieki i liczę upływające sekundy. Coraz szybciej, byle doliczyć do upragnionych 15 minut, po których zazwyczaj z rozpuszczon...

#3

Żyję WYOBRAŻENIEM o sobie.  W tych moich licznych, często mniej lub bardziej sprecyzowanych wyobrażeniach WYDAJE MI SIĘ. Wydaje mi się, że podążam właściwą drogą. Wydaje mi się, że postępuję słusznie. Wydaje mi się, że moje życie ma sens.  Wydaje mi się, że jutro znowu będzie padać. Wydaje mi się, że to bez sensu. Niczego nie jestem pewna. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek miała poczucie, że z całą pewnością, niezachwianym głosem, bez mrugnięcia okiem mogę powiedzieć ,,tak, to, co teraz robię jest czymś, co zawsze chciałam robić". Może mam wobec siebie za duże wymagania, ale takie poczucie pewności jest zjawiskiem, z którym spotykam się na co dzień. Może zadaję za sobie dużo pytań? Może to właśnie to wcześniej wspomniane życie wyobrażeniami. Przecież zawsze mogę czytać szybciej, pisać lepiej, wyglądać ładniej, żyć pełniej. Tylko czy to do czegokolwiek prowadzi?  Zastanawia mnie, w jaki sposób objawia się ta ,,pewność". Czy to impuls, krótszy niż m...

#2

Dlaczegowszyscytylemówiąlecztaknaprawdętymswoimpotokiemsłównicnowegoniewnosząciągletylkodlaczegopocogdziekiedyplotkiplotkiplotkiodświtudonocyniezamykająustchcęuciec. Od samego rana czuję się przytłoczona potokiem słów. To chyba nawet nie potok, ale ogromna lawina, w której zamiast płatków śniegu są słowa, które równie bezcelowe i pozornie piękne. Owszem, można doszukać się w nich głębszego znaczenia, jakiegoś przekazu, ale czy w życiu nie chodzi o to, by zachwycać się po prostu ich lekkością? Pojedyncze płatki śniegu są malutkimi cudami natury, nad którymi mogłabym zachwycać się godzinami, lecz gdy stłoczą się one w potężną lawinę, stają się niebezpieczne, mogą przygnieść, zadusić. Tak samo jest ze słowami. Czyż nie jest tak, że najpiękniejsze chwile w życiu obyły się bez słów?  Od kiedy przyjechałam do domu nie mogę się przyzwyczaić do ciągłych, głośnych rozmów. W jednym, małym pomieszczeniu potrafią się toczyć trzy rozmowy jednocześnie. To dla mnie za dużo. Próbuję w...

#1

Całe życie chciałam mieć pamiętnik tylko po to, by ktoś kiedyś go odkrył i potwierdził moje przypuszczenia,  diagnozując we mnie chorobę psychiczną na wzór tych wszystkich morderców z kryminałów, w jakich się od niepamiętnych czasów zaczytywałam. Byłam cichutką, nieśmiałą dziewczynką, która tłumiła w sobie jakiekolwiek emocje. Każdy podniesiony głos mógł spowodować, że starannie budowana przeze mnie  sielanka domowego życia mogła obrócić się w pył. I tak się obracała, za każdym razem. Pozostawało mi zakopanie się kołdrze tak ciasno, by odciąć dopływ powietrza. Nie, to nie były żadne próby rozrachunku z życiem. To była moja ostoja bezpieczeństwa, taka mydlana bańka, która zamiast wielobarwnych refleksów miała pościel w księżniczki. Było cicho, serce zwalniało przyśpieszony rytm, a głęboki oddech zimnym powietrzem po tym, jak zaczynało go już brakować pod grubą warstwą materiału był momentem oczyszczenia, odcięcia się od tego, co jeszcze przed chwilą powodowało wzburzenie. Mo...