#6
Lubię zapach lata.
To, jak pachnie rozgrzana słońcem skóra, której zapach jest piękniejszy i intensywniejszy w swojej delikatności od wszystkich perfum świata.
Zapach wilgotnej bryzy znad wody otulającej pragnące ochłody ciało w akompaniamencie ukrytych w zaroślach koników polnych.
Zapach pól, gdy lekkie powiewy wiatru mieszają woń spękanej od nadmiaru słońca ziemi z zapachem złotych kłosów zboża.
Nawet sam zapach asfaltu, gdy powoli zaczyna topić się smoła, w której mogę zostawić odciski swoich stóp na lata. Albo przynajmniej do czasu, aż nie stopi się po raz kolejny i nie odciśnie się na nim wzór opony rozpędzonego auta.
Ale żeby poczuć lato, wcale nie muszę wychodzić z domu.
Lato to zapach borówek i malin, które rano, prosto z pola przynosi mi we własnych dłoniach tato, który wstał zanim ja obróciłam się na drugi bok mając przed oczami jeden z ostatnich tej nocy snów, którego i tak nie zapamiętałam.
To zapach chleba, który budzi mnie w sobotni poranek, bo babcia piecze go tuż po świcie po to, bym mogła posmarować go sobie na śniadanie masłem, które pod wpływem jego ciepła topi się w tak niepowtarzalnie smaczny sposób.
To zapach kołdry wietrzonej na balkonie, tak przyjemnie chłodnej i pachnącej słońcem, która działa na rozpaloną emocjami skórę niczym zimny, kojący kompres.
Wieczorem hipnotyzuje mnie zapach maciejki. Ten niezwykły kwiat otwiera się dopiero po zachodzie słońca, wydzielając odurzającą, intensywną woń, bez której nie wyobrażam sobie wieczornych rozmów w altanie, w blasku lampionów i oczu kota, które świecą zdradzając jego tajne legowisko, z którego bacznie nas obserwuje podsłuchując nasze ludzkie sprawy.
Uwielbiam też zapach świeżo skoszonej trawy. Szkoda, że rośnie ona tak wolno i nie można jej kosić codziennie, dostarczając sobie regularnej dawki pięknie pachnącego efektu masowego mordu na tych delikatnych, tak przyjaznych dla gołych stóp łodyżkach.
Jednak chyba najbardziej ze wszystkich z latem kojarzy mi się zapach powietrza po burzy. Mam z tatem taki rytuał, że gdy tylko zaczyna się burza, siadamy na schodach, rozmawiamy obserwując błyski piorunów, a nasz dialog przerywa jedynie huk grzmotów. Już wtedy zaczyna pachnieć deszczem. Zaciągam się głęboko, żeby nasycić płuca tą wonią na cały rok, aż do następnego lata. Bo nigdy nie wiem, czy ta burza nie jest ostatnią, której będę miała przyjemność doświadczyć. Gdy burza mija, zostawia po sobie godne następstwo- błyszczącą trawę, liście, z których przy najlżejszym podmuchu spadają mi na głowę ogromne, ciężkie krople, pajęczyny, na których nitkach osadzają się miliony maleńkich koralików, które być może ocalą wiele żyć świadomych przez to obecności śmiercionośnego pająka owadom i właśnie TEN zapach. Najbardziej wyjątkowy, niepowtarzalny ze wszystkich. Moja definicja najpiękniejszych w swojej zwyczajności chwil spędzonych z tatą, błogiego lenistwa, symbol tego, że nawet tak niszczycielski żywioł jak burza zostawia po sobie cudowne rzeczy, które wdychając nie chce się wypuszczać z płuc.
Lato, dobrze że jesteś.
Komentarze
Prześlij komentarz